wtorek, 14 marca 2017

Farby


Kiedy byłam dzieckiem, farby były jedną z moich najbardziej znienawidzonych technik. Nie potrafiłam precyzyjnie narysować szczegółów, obrazek był zbiorem krzywych plam, nad których położeniem i kształtami nie bardzo potrafiłam zapanować. W szkole rysowałam już raczej nieźle, ale obrazki farbami wyglądały jak narysowane przez dziecko z niespecjalnymi zdolnościami plastycznymi. Najlepiej czułam się z cienkopisem, ołówkiem czy nawet długopisem, którymi mogłam narysować wyraźną linię, która biegła tam, gdzie chciałam, a nie tam gdzie akurat pędzelek się pochylił. Do teraz to mój podstawowy sposób rysowania.
Po skończeniu szkoły nie ruszałam farb przez bardzo długi czas. Już nie pamiętam, co mi strzeliło do głowy, żeby sięgnąć po nie znowu, całkiem niedawno. Chyba zaczęło się od farbek do ceramiki. Postanowiłam jeszcze raz spróbować z malowaniem na kartce i kupiłam farby akrylowe. Najtańsze, jakie były w sklepie, ale sporo kolorów w zestawie. I pędzelki... ale nie takie, jakie dołączają do zestawów akwarelek, z pędzelkiem włosia na końcu rozchodzącym się na wszystkie strony na kształt miotły, tylko z zakończeniem w szpic albo na płasko. No i nagle okazało się, że malowanie jest wspaniałe. Oczywiście daleko mi do mistrzów pędzla, żeby wymienić pierwszych z brzegu artystów, którzy przychodzą mi do głowy - Marka Kołodziejczyka czy Karolinę Kijak - ale mogłam patrzyć na moje "dzieła" bez uczucia zażenowania, jak to się zdarzało w czasach szkolnych.
Wydaje mi się, że moim podstawowym błędem przy pierwszych próbach z farbami mogło być to, że chciałam ich używać jak długopisu czy ołówka - nie brałam poprawki na to, że miękka końcówka pędzla nie maluje dokładnie tam, gdzie nią przesuwamy, ale może się wyginać "na zakrętach", jeśli nie jesteśmy uważni. Nie mówiąc o tym, że żeby namalować cienką i precyzyjną linię, trzeba się nieco postarać, przede wszystkim nie dociskać do papieru. Wiadomo, że złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy, ale myślę, że toporne końcówki pędzli mogły mieć swój udział w zniechęcaniu mnie do malowania - nawet przy jako tako opanowanej technice, zrobienie cienkiej linii pędzelkiem w kształcie miotły raczej się nie uda. Możliwe, że byłam też za mało cierpliwa i nie dawałam farbom wyschnąć przed położeniem kolejnej warstwy - to banalne, ale nawet teraz zdarza mi się zepsuć jakiś detal, bo nie chciało mi się czekać i farba rozlała się na wilgotnej kartce.


Ostatnio na pewnym blogu o rysowaniu przeczytałam o "przenośnych akwarelach" - autorka ma zestaw do malowania, który mieści się do torebki i którego można używać w różnych dziwnych miejscach. No i mi się takie coś zamarzyło. Jest tylko mały problem - akwarele nie są farbami kryjącymi, niezbyt nadają się do nakładania na siebie kilku warstw farby, kiedy np. chcemy domalować małe jaśniejsze elementy na już namalowanej ciemnej powierzchni, albo skorygować pomyłkę w rysunku. Profesjonaliści nie używają w ogóle białej farby - tam, gdzie chcemy mieć biel, powinniśmy wcześniej zostawić pusty kawałek kartki. Ja do tej pory malowałam akrylami, które ładnie kryją, więc nie są tak wymagające. Ale akryle są tylko w tubkach, a do mobilnego zestawu malarskiego dużo wygodniejsze są suche "kostki" - takie, jak w zestawach farbek dla dzieci - które zwilża się pędzelkiem w trakcie malowania. Ale pomyślałam, że skoro przekonałam się do farb w ogóle, to może uprzedzenia względem akwareli również są bezpodstawne. Na razie maluję zestawem najtańszych szkolnych farbek, szczegóły dorysowując ołówkiem. Próbuję się przekonać, że wychodzi mi to nieźle i że odrobinę bardziej profesjonalne akwarele mi się przydadzą :) Jak mi to przekonywanie się wychodzi - możecie zobaczyć na przykładzie zimka i mandarynka z tego postu :)

2 komentarze:

  1. Mandarynek ma w sobie ciepło Twojej kreski, więc mi się podoba. Zimorodka musiałbym porównać z kilkoma zdjęciami.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie się całkiem podoba ;-)

    OdpowiedzUsuń

Komentarze są widoczne po zatwierdzeniu, więc mogą ukazywać się z większym bądź mniejszym opóźnieniem.